nt emigracji.
1. unikać Grecji - rozruchy
2. unikać Anglii - rozruchy + społeczność polonijna
3. unikać Belgii - zamachy
4. unikać Włoch - zamachy
5. unikać Niemiec - Niemcy
6. unikać Holandii - Geert Wilders
7. unikać Norwegii - zamachy + drogi alkohol ... w zasadzie drugie jest prawdopodobnie przyczyną pierwszego.
8. unikać Szwecji - wyzwolone kobiety
wniosek:
unikać emigracji
zakupić broń.
iść do najbliższego biura PO/PIS/SLD/PSL/PP* szukając Donka/Jarka/Ryśka/Waldka/Januszka**
otworzyć ogień.
patrzeć na krew zalewającą podłogi/ściany/sufity.
burzyć domy, fabryki
zrównać z ziemią miasta.
stworzyć kraj do którego chciałoby się wyemigrować.
klk
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
*- niepotrzebne skreślić
**- niepotrzebne skreślić
... próbowałem oglądać ekranizację powieści Clancy'ego "Suma wszystkich strachów".
pomimo totalnej awersji na postać Jacka Ryana do końca dobił mnie pułkownik von Strohm jako ruski, no kurwa, prezydent.
fail.
klk
siedzę,
drugi sambor pomalutku znika w odmętach kalakowego cielska.
kalak podjął dość radykalny krok.
krok, który zaważy na przyszłości.
przyszłości, która ma być lepsza.
lepsza niż to co było do tej pory.
pory deszczowej, która w rejonie....
wróć...
pory, która przyniosła rozwiązanie.
rozwiązanie umowy... o pracę.
licznik bije nieubłaganie, dwa dni z 10 pozostałych do przepracowania minęły w atmosferze umiarkowanej głupawki zaprawionej lekką nutką paniki. z godziny na godziny poziom abstrakcji rośnie przy czym pomagaja dość interesujące wydarzenia tła kalakowego kroku.
otóż deprymacja wyższych władz na zdradę do tego najgorszą - bez negocjacji - po malutku z dyskretnych podpytywań zaczyna się zamieniać w coś co prawdopodobnie w ciągu kilku najblizszych dni stanie się powodem usilnego dążenia kalaka do ostatecznego rozwiązania kwestii #$!&@owskiej*.
po dzisiejszej dywagacji nt rzeczy wszelakich z Szefem Wszystkich Szefów sraczka zaczyna udarzać do góry niczym lawa i niedługo z uszu kalaka polecą dwie fontanny. nie chodzi o treść, chodzi o formę. chodzi o zrycie bani. chodzi o najprostsze w swoim rodzaju rozpieprzenie ostatków pozytywnych odczuć w stosuku do tego zasranego kurnika i wykrzewienie resztek wyrzutów sumienia.
skutecznie.
kalak ma nadzieję zostawić to za sobą i rozpocząć nowe życie z dala od śmierdzącego zastojem wejherowa ku nowej i, co nie jest bez znaczenia, mniej odległej od miejsca zamieszkania perspektywie zdobywania szlifów w branży gwoździowo-śrubowej.
bez skrupułów, jedna rozmowa więcej i pierwsze L4 w karierze kalaka wyląduje gdzie trzeba... żesz kurwa.
klk
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
*- cenzura.
Argh.
żadne inne "słowo" nie przychodzi mi na myśl aby wyrazić poziom frustracji i ogólną beznadzieję aktualnej egzystencji.
powody? sporo...
1. praca, w której przez 80% czasu modlę się żeby szefowa nie zadała pytania w skład którego wejdzie słowo "surimi"... dziś było blisko niebezpiecznego tematu jednak jeszcze zachowałem głowę na swoim zwykłym miejscu - do czasu.
2. szkoła, a dokładniej studium podyplomowe, którego nie skończyłem w związku z czym nie mam czego wpisać do CV, pomijam już kwestię magicznego zestawienia dot. pieniędzy i błota.
3. rodzina, weekendowe małżeństwo / ojcostwo nie służy dobrze stosunkom rodzinnym i psychice. będzie jeszcze gorzej gdyż zaniedługo problem ojcostwa z doskoku zostanie skumulowany o 100%. dobrze, że nie jestem jednym z tych idiotów, którym zachciało się bigamii. wrzody, schizofremia i bankructwo gwarantowane.
4. przyszłość, czy też wspólna rodzinna przyszłość - nadspodziewanie daleka i wciaż jakby zmierzająca w przeciwnym kierunku do moich wyciągnietych rąk, szmata, dorwę ją pewnie w okolicach połowy lipca i powaznie porozmawiamy... znaczy tą przyszłość dorwę co będzie się już z durnym uśmiechem kamuflować pod postacią przygłupiej taraźniejszości i wypowiadać kretyńsko słodkim głosikiem frazesy typu "jak tu ładnie", "ciesz się chwila" etc.
5 urlop - pozostało 4 dni...
i pomyśleć, że narzekałem na zadania domowe z matmy w liceum.
luz blues w porównaniu...
klk
kolejny dzień przeleciał w atmosferze tłumionej głupawki zaprawionej łkaniem.
gdybym mógł wyłbym do księżyca w środku dnia nie mogąc się doczekać końca wachty.
żeby wykopać się spod zalegających na biurku papierów potrzebowałbym spychacza.
rozważałem możliwość skombinowania cięzkiego sprzętu - w myślach rozbłysła niepokojąco kusząca wizja walących się ścian kurnika... prawdę mówiąc nie trzeba by nawet zbyt dużego wysiłku by to zapchlone siedlisko odpadów zawaliło się grzebiąc tych wszystkich skretyniałych idiotów na miescu.
tu i ówdzie spod gruzów wyzierały by kawałki przygniecionych ludzki ciał, tu rączka z pomalowanymi na różowo paznokietkami, tam zgrabna łydka w porwanej pończosze, gdzie indziej coś co było kiedyś dyrektorem sprzedaży walające się w promieniu kilku metrów w postaci dość interesujących kawałków.
światło południowego słońca odbite w poktyrym pajęczynką pęknięć szkle okularów od Gucciego razi oczy przyjemnym blaskiem...
chyba potrzebuję urlopu...
piękne, zdrowe, jędrne zwłoki...
tak, definitywnie potrzebuję urlopu.
klk
wena w płynie jakby straciła swoje magiczne właściwości.
godzina z palcami nad klawiaturą, liczba backspaców równa liczbie wklepanych liter.
niezbyt obiecujący początek planowanego wielkiego come back.
słowa układają się w zdania lecz brak...
i znów myśl poszła w diabły. może lepiej sobie darować i zająć się czymś kreatywnym jak np. czytaniem (vide 3 podejście do 2 części 8 tomu Malazy) - może jednak nie - wolałbym nie wyrzygać flaków jak przy poprzednich dwóch zakończonych ponurą klęską próbach. ni mniej ni więcej opcja namber łan robi ryjem w pokrzywy w stylu klasyczno-rozpaczliwym.
filmy?
nie dziękuję - ledwo znoszę cokolwiek bardziej wymagającego niż sześćsetny sezon "gwiezdnych wrót" w wersji reżyserskiej.
ostatnio z zapałem śledzę natomiast epopeję narodową pod tytułem "samo życie" - wielki świat, blichtr, dramatyczne rozgrywki personalne, absurdalne problemy - coś jakby wycięte kadry z mojego życia.
może powinienem zacząć pisać scenariusz na podstawie własnych przeżyć - co powiecie na "przygoda w kurniku"...
raczej niezbyt chwytliwe, spec od marketingu stwierdziłby, że wieje nudą i wiochą aczkolwiek moim skromnym zdaniem te trzy słowa nieźle oddają realia mojej egzystencji jako pracownika instytucji z zapałem wspierającej miłośników ryb.
do serialowego ideału brakuje jedynie nawróconego szefa warszawskiej (chyba) mafii zdradzającego ponętną skądinąd małżonkę... nie zaraz, wywalając nawrócenie, mafię, ponętność (zdjęcia na NK niestety nie dają pełnego obrazu) lecimy zgodnie ze skryptem.
w sumie jak to dokładniej przemyśleć to bardziej wszystko zaczyna się układać na wzór zawiłych jak powiązania finansowe spółek zależnych wypocin scenarzysty kultowej "mody na sukces" lub jakiejś innej tajwańsko-brazylijskiej podróbki tego serialu dokumentalnego.
różnica w biernym oglądactwie serialowych perturbacji (mimo naturalnie znacznego zaangażowania w akcję) od osobistego uczestnictwa w codziennym pierdolniku rozbija się o poziom wkurwu na głównych boheterów.
prawda - denerwuje mnie Kacper, który ZDRADZA koleżankę małżonkę i tym samym wiarę ich upośledzonego synka w umowę społeczną dot. zasad funkcjonowania rodziny (nawet warszawskiej i postmafijnej).
większa prawda - oglądanie na żywo akcji wziętych żywcem z przygód Foresterrów - z wąsatym Ericiem, łysiejącym przedwcześnie Ridżem, córką Erica (szlag z imieniem) i nieodłączną Brooke (w tej serii w odmiennym wydaniu niż blond femme fatale) wywraca flaki skuteczniej niż niejeden jabol pity na ciepło i na czczo. brakuje (jak na dziś) tylko ingerencji sił wyższych vide szanownej małżonki Erica... jak jej tam... Linda, Sophie... pfe... Stephani (god bless google).
znając moje szczęście o rozwoju akcji we wspomnianym kierunku dowiem się tego ze sztampowego "w kolejnym odcinku" i na tym skończy się dla mnie seria, bo nie przedłużą mi umowy abonamentowej z powodu zbyt dużej ilosci jobów rzucanych w przestrzeń przy lekturze maila kolejnego idioty, który postanowił zaprezentować entą wersję zagrywki typu - "upierdoliło mi rączki, z góry dzięki za pomoc"... opcja namber tu leci więc do kosza.
trzecią jest pieprznięcie tego wszystkiego w cholerę i udanie się na zasłużony spoczynek.
wielki come back nadejdzie.
jutro.
w okolicach 8.10 AM.
w postaci kolejnego odcinka reality show pt. "przygoda w kurniku"
klk